Koniec sezonu!

Posted by

Dla Startu i tym samym dla Ferajny sezon 2016/2017 przeszedł do historii. Sezon pełen emocjonującyh końcówek, kontrowersji, sensacyjnych wygranych i bolesnych porażek. Sezon, w którym przez długi czas byliśmy skazywani na spadek ale ostatecznie z bezpieczną przewagą utrzymaliśmy PLK. Zapraszam do flashbacka z mijającego roku, tym razem uprzedzam, że ciut więcej czytania niż zwykle 😉

Gdy w lecie zeszłego roku trenerem zespołu został Andrej Zakelj a skład uległ znacznej zmianie w stosunku do poprzedniego, to co się wydarzy było dla wszystkich jedną wielką niewiadomą. Ze starego składu pozostali: Kowal, Jarek Trojan, Janek Grzeliński, Grzesiek Małecki i Ciecho. Polski skład zasilili Kuba Dłoniak, Michał Jankowski i Mateusz Dziemba, natomiast zza granicy dołączyli Stefan Balmazovic, Doug Wiggins i Brandon Peterson. Zaczęło się ciekawie, gdyż Start na pierwszy mecz pojechał do odległego Szczecina i powalczył z Kingami jak równy z równym jednak to gospodarze w końcówce byli lepsi i Wilki wygrały 93:88. W Dąbrowie Górniczej już tak kolorow nie było bo gospodarze rozprawili się z nami z dziecinną łatwością 92:72. Kolejkę później byliśmy świadkami kolejnej porażki, tym razem z beniaminkiem z Krosna, która wtedy bolała mocno ale jak się okazało zupełnie niesłusznie bo Miasto Szkła na przekroju sezonu spisywało się bardzo dobrze i niewiele zabrakło aby zagrali w play-offach. Porażka dość wyraźna bo aż 87:74. Następnie w pierwszym meczu domowym podejmowaliśmy Czarne Pantery i naprawdę niewiele zabrakło aby zaliczyć pierwszą wygraną. Kolejna końcówka padła łupem przeciwnika mimo tego, że mieliśmy aż dwie próby aby doprowadzić do remisu w ostatnich sekundach to i Stefan i Jankes swoje rzuty przestrzelili i Słupsk wygrał starcie 63:66.

fot. Łukasz Kaczanowski źr. kurierlubelski.pl

Terminarz rozgrywek ułożył się tak, że kolejne trzy mecze rozgrywaliśmy z drużynami, z którymi wiadomo już było, że są w naszym zasięgu i z którymi być może będziemy bili się w dole tabeli. Na początek wyjazd do Kutna i tam minimalna porażka 78:74. Potem u siebie Akademicy z Koszalina i kolejna przegrana 68:74. Po tej porażce władze Startu stwierdziły, że należy poszukać zmian w składzie – pierwszą ofiarą tych zmian padł Janek Grzeliński, który przeszedł do Siarki a do Startu wrócił stary znajomy – Nick Kellog. Wysoka i w bardzo nędznym stylu porażka z Asecco w Gdyni 80:65 przelała szarę goryczy i wykorzystała do cna cierpliwość zarządu do trenera, skutkiem czego Andrej Zakelj pożegnał się ze Startem. W jego miejsce dość szybko pojawił się inny Słoweniec – David Dedek. Nowy trener miał przed sobą niezwykle ciężki terminarz. Ciężko było przypuszczać, że coś uda się wyrwać ale już pierwszy mecz pod wodzą nowego trenera pokazał, że coś w tym zastałym mechanizmie drgnęło. Tym meczem było starcie z Anwilem na Globusie – wtedy to Start bardzo poważnie postraszył gospodarzy przegrywając tylko 69:71.

 

Aż w końcu nadszedł czas na pierwszą wygraną w sezonie. 1 grudnia 2016 do Lublina przyjechał zespół Polpharmy Starogard Gdański. Spotkanie o którym było jeszcze długo głośno. I to nie tylko z powodu emocjonującej końcówki, podczas której Doug dosłownie w ostatniej sekundzie meczu wykorzystał dwa rzuty wolne, dzięki czemu dał wygraną nad farmaceutami 100:99. Głównie dlatego, że chwilę po meczu dwóm graczom gości Miles’owi i Hicks’owi puściły nerwy i doszło do drobnej bijatyki z jednym z lubelskich kibiców. Obaj zawodnicy zostali przez władzę ukarani – Hicks na dwa mecze zawieszenia i 5 tysięcy a Miles na trzy mecze i 10 tysięcy złotych kary. Rzekomo obaj byli obrażani rasistowskimi odzywkami przez owego kibica, jednakże nikt nie zgłosił tego faktu do komisarza zawodów a i on sam nic takiego nie zanotował.

 

Po tym meczu trener powiedział nam: „Dajcie mi jeszcze miesiąc a będą wygrane”. Jednakże patrząc na terminarz ciężko było o pozytywne myślenie. Już 3 dni po tej wygranej drużyna pojechała do Zgorzelca aby tam dość gładko przegrać 106:74 a w następnej kolejce Stelmet równie łatwo pokonał nas w Lublinie 63:85. Nie było powtórki z poprzedniego sezonu gdy Grzesiek Małecki sensacyjnie zapewnił nam wygraną z niepokonanym wtedy zespołem z Zielonej Góry. Podejrzewam jednak, że nie to było głównym powodem odejścia ze Startu Grześka akurat po tym meczu. Małecki dołączył do Janka w Siarce a do Startu przybył nowy zawodnik – Łukasz Bonarek. Ta zmiana na niewiele się zdała bo po kolejnej wyraźnej porażce w Ostrowie Wielkopolskim 85:56 bilans Startu wyglądał tragicznie – 1 wygrana i 11 porażek.

fot. Łukasz Kaczanowski źr. kurierlubelski.pl

I oto do Lublina zawitała drużyna Rosy wraz z pokaźną liczbą kibiców z Radomia wspomaganych kilkoma kibicami z Krosna. Cała ta delegacja była świadkiem drugiej, tym razem można rzec – sensacyjnej, wygranej w sezonie. A ową wygraną zapewnił nam nie kto inny jak Doug Wiggins i oczywiście w samej końcówce meczu a dokładnie na 7 sekund do końca ustalił wynik spotkania na 64:63. Tym samym w/w słowa trenera Dedka okazały się prorocze gdyż było to dokładnie 27 dni po tym jak je wypowiedział.

 

Tydzień później nasza drużyna jechała do Torunia, który wówczas zajmował pierwsze miejsce w tabeli z… kompletem punktów. Niepokonane Twarde Pierniki nie pozostawiły nam złudzeń wygrywając 84:73. W kolejnej kolejce pierwszy raz na parkiet wybiegł, kontuzjowany do tej pory, Mateusz Dziemba i chyba przyniósł naszej drużynie szczęście bo odnieśliśmy trzecie zwycięstwo i to jak się okazało najwyższą różnicą punktową na Globusie w tym sezonie pokonując Trefl Sopot 87:79. Nic dziwnego, że na zakończenie pierwszej rundy sezonu jechaliśmy do Tarnobrzega z myślą o zwycięstwie. Zwłaszcza, że do zespołu dołączył nowy rozgrywający Nick Covington. Jak się okazało, czekały tam na nas dwie katastrofy: nie tylko przegraliśmy mecz z Siarką 86:83 ale dowiedzieliśmy się, że Brandon Peterson dostał ofertę z Francji i jest to jego ostatni mecz, którego de facto nie rozegrał, bo te niecałe dwie minuty jakie spędził na boisku ciężko nazwać występem. A trzeba przyznać, że przynajmniej przez pierwszą część tej rundy Brandon był kluczową postacią drużyny nie schodząc poniżej 10 punktów na mecz i rzadko kiedy zbierając mniej niż 10 piłek na mecz. Druga połowa tej rundy była już nieco słabsza jeśli chodzi o zdobycz punktową ale zbiórki były nadal jego domeną – do tej pory w statystykach średniej liczby zbiórek na mecz jest na 4-tym miejscu w lidze.

 

Zostaliśmy zatem z jednym centrem i w takim składzie staraliśmy się zrewanżować Wilkom Morskim za porażkę na ich terenie. O mały włos a by się udało ale to naprawdę mały włos, gdyż to dzięki kontrowersyjnej decyzji sędziego, który w ostatniej sekundzie meczu gwizdnął faul na Kikowskim przy rzucie za trzy punkty, szczecinianom udalo się zerwać ze stryczka. Kikowski wykorzystał dwa z trzech rzutów wolnych i kolejna porażka 77:79 stała się faktem. Tydzień później Polpharma nie pozostawiła nam żadnych złudzeń ogrywając nas 85:70. Na całe szczęście prawie władze miały prawie miesiąc na znalezienie nowego centra, gdyż w terminarzu nastąpiła planowana przerwa na Puchar Polski.

 

Okazało się, że owa przerwa wpłynęła na drużynę kojąco. Do Globusa przyjechał beniaminek z Krosna i tak jak w przypadku Rosy, razem z drużyną spora liczba kibiców Miasta Szkła, i tak jak w tamtym meczu, na trybunie gości, pojawili się radomianie, i tak jak w tamtym meczu koalicja krośnieńsko-radomska zmuszona była wracać do domu w nienajlepszych humorach bo Start wygrał z ekipą z podkarpacia 68:63.

 

W międzyczasie władze zespołu podpisały kontrakt z amerykańskim centrem Jasonem Boone, który jeszcze nie mógł przyjechać gdyż miał zobowiązania wobec swojej poprzedniej drużyny z bundesligi. Nadal z jednym centrem Start pojechał w daleką podróż do Słupska aby boleśnie przekonać się o tym, że na wyjazdach gra się o wiele trudniej. Energa mimo swoich wewnętrznych problemów pokazałą nam miejsce w szeregu gromiąc nasz zespół 89:58. W końcu nadszedł czas na potyczki, które miały zadecydować o być albo nie być w PLK w przyszłym sezonie, czyli starcia z sąsiadami w tabeli – Polfarmexem, AZS-em Koszalin i Asecco.

 

fot. Łukasz Kaczanowski źr. kurierlubelski.pl

Czy to obecność Boone’a w składzie, czy niezwykła determinacja całej drużyny, czy układ gwiazd, czy może trener Dedek podpisał z jakąś siłą nieczystą pakt, czy może wszystko naraz. Nie wiadomo, wiadomo na pewno, że nasz team wybrał sobie odpowiedni czas na wygranie 3 meczów z rzędu. Przy czym oczywiście nie obyło się bez niepotrzebnych nerwów. W meczu z Asecco na niecałe 8 minut do końca prowadziliśmy 69:56 a na 2,5 minuty do końca było już 71:68. Skończyło się czterema dla nas – 83:79. Jeszcze ciekawiej było w meczu z Kutnem bo na nieco ponad 2,5 minuty do końca było 74:61 a mimo to również skończyło się tylko czterema dla nas 81:77. O dziwo najlepiej zespół spisał się w Koszalinie wygrywając pewnie bo aż 65:79, jak się okazało była to jedyna wygrana na wyjeździe w tym sezonie.

 

Po serii trzech zwycięstw a co za tym idzie dość znacznym kroku w kierunku utrzymania, Start pojechał do Włocławka by… otrzymać od Rotweillerów bolesną lekcję koszykówki. Anwil rozgromił naszą drużynę 112:77. Tydzień później podejmowaliśmy u siebie i cóż.. niech liczby przemówią same za siebie : 1q – 15:12, 2q – 21:14, 3q – 21:18 i… 4q – 7:24. Kolejna przegrana w końcówce, na 1,5 minuty do końca jeszcze prowadziliśmy 64:63 by ostatecznie przegrać 64:68.

 

W końcu nadszedł chyba najgłośniejszy mecz sezonu, w którym podejmowaliśmy MKS Dąbrowę Górniczą. Wygrana jednym punktem, który jak się później okazało, nie powinien być zaliczony. Bohaterem akcji był Nick Covington, trafiający w ostatnich sekundach akcji. Trójka sędziowska mimo wideoweryfikacji i kilkunastominutowej konsultacji i między sobą i między trenerami, punkty zaliczyła. Jak się później okazało, po powtórkach z innych nagrań, niesłusznie ale wynik pozostał 78:77 i w tabeli 8 (i zarazem ostatnia) wygrana została dopisana naszej drużynie. Efektem tego zamieszania było zawieszenie całej trójki sędziowskiej.

 

Do końca sezonu zostało 6 spotkań a sytuacja w tabeli wyglądała na bezpieczną i chyba to miało największy wpływ na postawę drużyny bo inaczej nie umiem tego wyjaśnić. W zasadzie tylko w jednym meczu walczyliśmy – z Toruniem, który przegraliśmy oczywiście… w ostatniej sekundzie… Obie Trotter rzucił równo z syreną punkty decydujące o zwycięstwie Pierników 69:72. Pozostałe pięć meczów bez historii gładko przegrane. A o ostatnim starciu z Siarką chcę zapomnieć jak najszybciej bo i nie ma co rozstrząsać, wszak już wyszystko było wiadomo.

 

15 z 32 spotkań Startu w tym sezonie kończyło się różnicą 6 lub mniej punktów. Z tych 15 spotkań 9 to porażki..  Czasem pech, czasem zmęczenie, czasem brak pomysłu, czasem brak doświadczenia ale naprawdę niewiele brakowało abyśmy byli w środku tabeli, szkoda. Dodatkowo z tych 15 – 3 to mecze na wyjeździe, można więc śmiało powiedzieć, że na Globusie w tym sezonie nie było miejsca dla ludzi o słabych nerwach…

 

Ciężko wyróżnić kogokolwiek wśród zawodników bo zarówno Doug jak i Stefan miewali różne mecze i genialne i słabe, na pewno obaj byli filarami tej drużyny w wielu meczach. Jason godnie zastąpił Brandona, dwaj Nickowie też mieli swoje chwile. Może właśnie ta falująca, nie do końca ustabilizowana forma całego zespołu miała wpływ na to jak wyglądała gra Startu w tym roku, może to brak zdecydowanego lidera. Nie wiem. Wiem na pewno, że najlepszym transferem w tym roku było przyjście Davida Dedka i cieszę się niezmiernie, że trener zostaje z nami na przyszły rok i będzie miał czas i okazję aby przygotować drużynę do przyszłego sezonu według swojej koncepcji. Chociaż on sam twierdzi, że „wszystko małymi krokam” to przy odpowiedniej polityce transferowej w przyszłym roku nie będziemy się bili o utrzymanie a o znacznie wyższe cele.

 

Na koniec chciałem w imieniu Lubelskiej Ferajny podziękować za miniony sezon całej drużynie i oczywiście widzimy się w październiku!

fot. Łukasz Kaczanowski źr. kurierlubelski.pl