Start – Asseco 3:2

Posted by

Mniej więcej tylu zawodników trafiało wczoraj na parkiecie Globusa. Po stronie gości niezawodny duet Matczak – Szubarga, którzy w sumie nawrzucali nam 44 punkty. Zaś po naszej stronie para Nicków oraz człowiek, na którego ostatnio można polegać jak na Zawiszy – Mateusz Dziemba (we trzej zdobyli 56 punktów). MKS przedłużył serię zwycięstw pokonując zespół z Gdyni 83:79.

 Jak to zwykle bywa w meczach Startu początek meczu jest jednostronny albo my startujemy jak rakiety albo leją nas przeciwnicy, nie inaczej było tym razem. Pierwsza piątka w postaci Jason, Łukasz, Mateusz, Kuba, Doug wystrzeliła bardzo szybko na 8:2. I paliwo się skończyło… silniki ponownie zaskoczyły dopiero przy stanie 8:14, wtedy to dwie akcje pozwoliły na dojście 12:14 ale świece albo zalało albo były niedogrzane bo nierówna praca silnika spowodowała kolejny run gości na 12:21. Na szczęście do końca tego starcia udało się nieco dojść rywali i ostatecznie przewaga gdynian wynosiła 5 oczek – 22:27. Za tą kwartę szczególne podziękowania dla Mateusza, zdobywcy 10 punktów, wspierali go Jason (5pkt), Bartek (4pkt) i Kuba (3pkt). Wśród gości od początku dał o sobie znać duet Szubarga-Matczak (odpowiednio 11 i 7pkt).

fot. Łukasz Kaczanowski źr: kurierlubelski.pl

Po drugiej odsłonie najlepsi strzelcy obu drużyn zrównali się punktami, Mateusz dorzucił 4 a Krzysztof 3 i na przerwę obaj schodzili z dorobkiem 14-punktowym. Do pewnego momentu jednak lepiej spisywali się goście, których przewaga wynosiła nawet 11 oczek 29:40. Wtedy to pierwszy z Nicków, ten ze słynniejszym ojcem, począł się rozgrzewać (7pkt w tej kwarcie) a trener Dedek znalazł rozwiązanie na akcję, z której wcześniej Asseco niemiłosiernie nas karciło, powtarzając ją raz za razem i trafiając z dystansu. Do szatni mieliśmy już rywala na wyciągnięcie ręki albowiem na tablicy widniał wynik 40:44.

 

Co się wydarzyło w szatni w przerwie – nie wiadomo. Ale wiemy co się wydarzyło na boisku po przerwie. Byliśmy świadkami koncertowej gry w obronie naszej drużyny a w ataku prym wiedli wspomniani wcześniej Kellog z Covingtonem. Agresywna obrona na całym boisku wymuszała straty, błędy i brak czystych pozycji dla gości ale do stanu 51:47 jeszcze nic nie było pewnego. Wtedy do głosu doszedł Covington – niemal 10 punktów z rzędu (przecięte jednym osobistym Boona) wyprowadziło nas na bezpieczną przewagę 62:47, ostatecznie kwarta ta skończyła się wynikiem 64:49. Tak, goście zdobyli tylko pięć oczek!

 

Wydawałoby się, że po tak ciężkim nokdaunie wygraną mamy w kieszeni. Otóż nic z tych rzeczy, bo i po co? Po co pozwolić naprawdę licznie zgromadzonej widowni na Globusie na to, żeby z meczu wyszli znudzeni? Dlaczego niby mielibyśmy utrzymać wysokie prowadzenie skoro można przetrenować rzuty osobiste w ekstremalnych sytuacjach? Takie chyba pytania stawiali sobie gracze naszej drużyny na początku ostatniej ćwiartki. Nie wszyscy co prawda, bo Kellog jeszcze próbował się odgryzać i trafił dwa razy z dystansu ale przez 7 min (!) tylko tyle zdołaliśmy z siebie wydobyć. Trzeba przyznać, że Asseco zastosowało podobny manewr co my w trzeciej kwarcie – agresywna obrona na całym boisku wyrządziła wiele szkód w naszej formacji ataku a fenomenalnie dysponowany z obwodu Matczak dziurawił naszą obręcz raz za razem. Dopiero przy stanie 69:68 do gry „wrócił” Covington i dzięki jego kolejnym 8 punktom udało nam się utrzymać prowadzenie. Asseco jednak nie złożyło broni, zmienili tylko kaliber – Szubarga kontynuował pracę Matczaka i równie skutecznie trafiał zza linii rzutów 3-punktowych. Przy stanie 77:74 na linii rzutów wolnych stanął nasz bohater pierwszej kwarty i pewnie wykorzystał dwa osobiste – na zegarze została niecała minuta i było wiadome, że goście muszą nadal próbować swojej najsilniejszej broni. Najpierw za trzy przymierzył Żołnierewicz – nie trafił ale piłkę nadal mieli goście, kolejny raz przymierzył Matczak i spudłował, Covington wyskoczył najwyżej i zebrał piłkę. Ta w akcji pod koszem gości trafiła do Bonarka, który spudłował z obwodu, szybka kontra i Matczak tym razem celnie za trzy punkty. 79:77 i 10 sekund do końca. Taktyka znana – sfaulować, liczyć, że przeciwnik nie trafi wolnych i odpowiedzieć trójką. Bywa, że się sprawdza. Na szczęście dla nas nie tym razem. Nick Kellog przez ostatnie 10 sekund stał 4 razy na linii osobistych i wszystkie próby wykonał perfekcyjnie, goście zdołali odpowiedzieć niecelną trójką Matczaka i dobitką Ponitki. Koniec meczu – wygrywamy 83:79.

 

Bilans Davida Dedka w Starcie to 7 wygranych i 8 porażek. Pamiętam jak dziś, gdy po wygranej z Polpharmą w styczniu trener powiedział do nas – „Dajcie nam miesiąc a wygrane przyjdą”. Przyszły, wyszarpane, wydrapane, wywalczone ale są! Myślę, że śmiało można postawić tezę, że gdyby trener Dedek był z nami od początku sezonu to z tych 4-5 meczy przegranych w końcówkach, ze 2-3 udałoby nam się wygrać. Gdyby nie zamieszanie z Petersonem tych wygranych mogłoby być jeszcze więcej. Ale nie ma co gdybać, liczą się fakty – a fakty są takie, że oddalamy się od strefy spadkowej i to jest w tym momencie najważniejsze i to nas najbardziej cieszy. Cieszy też fakt, że mimo słabszej postawy i Stefana i Douga i Kuby, ciężar gry biorą na siebie inni tak jak w tym meczu:

Kellog – 20 pkt, 5 zbiórek, 3 asysty, eval 22

Covington – 18pkt, 6 zbiórek, 3 przechwyty, eval 25

Dziemba – 18pkt, 7 zbiórek, 3 asysty, eval 26

Cieszy również to, że JB jeszcze nie zaznał smaku porażki występując w czerwono-czarnych barwach, notując kolejny solidny występ – 12pkt i 8 zbiórek, 3 przechwyty i wymusił aż 6 fauli, eval 22.

Mnie osobiście w szczególności cieszy stosunek strat do przechwytów 8/13! A 13 przechwytów to jest rekord Startu od ponownego wejścia do najwyższej klasy rozgrywkowej.

 

Co w najbliższej przyszłości czeka naszą drużynę? Niezwykle ciężki wyjazd do Hali Mistrzów. W ostatnim czasie „Los Angeles” Anwil swoją grą wyraża głośną chęć do objęcia fotela lidera ligi a w swojej hali w tym sezonie ulegli tylko Zgorzelcowi. W poprzedniej rundzie Rottweilery zostały mocno przez nas postraszone ale we Włocławku na pewno nie będzie łatwo przedłużyć naszej serii zwycięstw. Za to po tym wyjeździe znów czekają nas emocje na Globusie i to aż dwukrotnie – najpierw przyjeżdża Turów a cztery dni później zawita Dąbrowa Górnicza i w obu przypadkach możemy realnie swoich szans upatrywać. Jeśli Stefan wyleczy nogę, będziemy mieli kolejne działo do odpalenia, więc trzymajmy kciuki za START!

Bonusy: